SLASH feat. Myles Kennedy & The The Conspirators / RavenEye – ATLAS ARENA – ŁÓDŹ

Stach Opublikowano: 22 listopada, 2015
SLASH feat. Myles Kennedy & The The Conspirators / RavenEye – ATLAS ARENA – ŁÓDŹ

Z pewnością był to jeden z najgorętszych koncertów tej jesieni. Już po raz trzeci nasz kraj odwiedził legendarny Slash, znany przede wszystkim z kultowego Guns N Roses. Podczas tego niesamowicie energetycznego show gitarzysta wraz z wokalistą Mylesem Kennedym i zespołem Conspirations zaprezentowali obszerną retrospektywę swojej twórczości i oferowali polskiej publiczności dość kontrowersyjną niespodziankę.

Wieczór rozpoczął występ świetnego hard rockowego zespołu Raveneye, który mimo dość słabego zainteresowania ze strony publiczności dał 30 minut solidnego, klasycznego grania. Po występie suportu niestety okazało się, że również koncert gwiazdy wieczoru nie będzie należał do rekordowych pod względem frekwencji. Nie dało się nie zauważyć pustych sektorów i sporego luzu na końcu płyty.

Niedobór publiczności nie przeszkodził jednak Slashowi i jego kolegom we wtargnięciu na scenę z olbrzymią energią. Podejrzewam, że wszyscy, którzy stawili się na tej rockowej celebracji nie mieli wątpliwości od pierwszych dźwięków, że to będzie intensywny wieczór. Na pierwszy ogień poszedł dobrze znany You’re a Lie z poprzedniej solowej płyty Apocalyptic Love. Jednak dopiero przy Nightrain z repertuaru Guns N Roses publika wpadła w szał, dając temu wyraz poprzez podrzucane do góry cylindry. Następnie łódzka Arena usłyszała mieszankę utworów ze wszystkich trzech solowych albumów Slasha przerywaną nieśmiertelnymi hymnami jego macierzystej kapeli. Wśród nich obowiązkowe Welcome to the Jungle zaśpiewane przez basistę Conspirations – Todda Kernsa, czy You Could Be Mine. Przy Starlight halę rozświetliły setki telefonów, dając cudowny efekt, który został doceniony przez Mylesa Kennedyego. Na liście klasyków spod znaku pistoletów i róż znalazła się także Rocket Queet wzbogacona o kilkuminutową improwizację gitarową, której Slash oddał się bez reszty.

Po moich ulubionych kawałkach z ostatniego albumu – tytułowy World on Fire, Bent to Fly oraz uwielbianą przez fanów Anastasie przyszła kolej na niecodzienną niespodziankę, którą zespół (lub organizatorzy) przygotowali dla łódzkiej publiczności. Na scenie pojawiła się Doda i wykonała niezapomniany przebój Gunsów – Sweet Child O’ Mine. Publiczność początkowo niedowierzała własnym oczom i uszom, ale po chwili dała się porwać rodzimej gwieździe. Po tym wielkim zaskoczeniu dla wszystkich fanów rocka zgromadzonych w Atlas Arenie, Slash sięgnął po utwór z repertuaru swojego niedawnego projektu – Velvet Revolver, który współtworzyli z nim Duff McKagan i Matt Sorum z Guns N Roses. Oparty na fenomenalnym riffie Slither doprowadził show pozornie do końca. Publiczność nie dała odejść zespołowi na długo i po chwili zabrzmiały pierwsze takty Paradise City, który został chóralnie odśpiewany przez całą Arenę.

Łódzki koncert Slasha uświadomił mi, że udało mu się osiągnąć, to co pozornie mogło wydawać się niemożliwe. Ten charyzmatyczny i utalentowany gitarzysta pokazał, że nie ma zamiaru pozostawać w cieniu swojego pierwszego zespołu i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Utwory z jego solowych płyt wzbudzają olbrzymi entuzjazm, a sam Slash jako muzyk pozostaje w wyśmienitej formie. Na olbrzymi poklask zasługuje także wokalista Myles Kennedy. Skromny człowiek o zupełnie innym usposobieniu od dzikiego Axla Rose’a, z łatwością panuje nad publicznością i perfekcyjnie wypada na żywo. Cały zespół zdawał się doskonale bawić i trudno się temu dziwić, bo atmosfera była naprawdę fantastyczna.

relacja : Wojtek Bryndel

X